Feeds:
Wpisy
Komentarze

Dla mnie Jeanette jest hiszpańskim odpowiednikiem Francois Hardy. To gwiazda lat ’70 dysponująca łagodnym, dziewczęcym głosem i śpiewająca przyjemne, wpadające w ucho utwory, nie po angielsku, lecz po hiszpańsku. Dlatego dobrze jest zaczynać naukę języka przy akompaniamencie jej albumów. Przynajmniej jedna piosenka Jeanette jest rozpoznawana na całym świecie i właśnie ją chciałabym teraz zaprezentować.

Jakiś czas temu TVN emitował najgłupszą serię w historii polskiej telewizji. Majka, tytułowa bohaterka, została ofiarą niepokalanego poczęcia gdy jej ginekolożka pomyliła pacjentki i zamiast zrobić rutynowe badanie cytologiczne, przeprowadziła zabieg inseminacji, czyli sztucznego zapłodnienia. Oczywiście młoda Majka postanowiła donosić ciążę przez co musiała zrezygnować z wymarzonego Erasmusa we Florencji itp. itd. Przypadkiem wkrótce poznała ojca dziecka i się w nim zakochała z wzajemnością. I chociaż wszelkie znaki na niebie i ziemi od samego początku podpowiadały bohaterom jaka jest prawda, odkrycie jej zajęło im 300 odcinków.

Serial wyprodukowano na licencji wenezualeskiej telenoweli Juana la virgen (Dziewica Juana). Zanim zawędrowała do Polski, gdzie zdecydowano się nakręcić nową wersję okrojoną z mnogich nawiązań do niepokalanego poczęcia Maryji i tak tandetnych elementów jak symulacje komputerowe pokazujące moment poczęcia czy komórka jajowa z plemnikiem jako „g” w logo serialu, była emitowana w 32 krajach. Mimo tego ogładzenia, historia wydaje mi się tak bezdennie głupia, że wciąż dziwię się popularności serialu.

W rodzimej wersji tej produkcji jako piosenkę tytułową wybrano „Nie pytaj mnie” Ali Boratyn.

Gdy przypadkiem natknęłam się na nią w telewizji coś mi wyraźnie nie grało – znałam melodię, ale coś było nie tak ze słowami albo wykonaniem. Poszperałam trochę w internecie. W ten właśnie sposób dotarłam do „¿Porque te vas?” Jeanette.

Jeanette śpiewała to także po francusku. Ktoś zna ten język na tyle dobrze, by powiedział nam czy tekst odpowiada wersji hiszpańskiej?

Jednak to nie wersja oryginalna zapoznała nasze pokolenie z tym utworem. Odsłuchajcie tylko covera zespołu Masterboy. Nie przypominają się wszystkie dyskoteki szkolne z lat ’90? ;)

Swoją wersję „¿Porque te vas?” śpiewał także Manu Chao i wielu, wielu innych. Powstał również cover anglojęzyczny.

Zadziwiająca kariera utworu rozpoczęła się gdy Carlos Saura, jeden z moich ulubionych reżyserów, wykorzystał „¿Porque te vas?” w filmie „Nakarmić kruki„, który zebrał szereg prestiżowych nagród i zyskał popularność w całej Europie.

Ala Boratyn – Nie pytaj mnie

Skąd mam na dłoniach nieba ślad?
Nie pytaj mnie,
Jak mogłam zgubić się wśród ulic które znam,
Nie pytaj mnie…

O czym w środku dnia potrafię śnić?
Nie pytaj mnie,
Gdy wśród przechodniów nagle staję zamiast iść,
Nie pytaj mnie…

Czuję, że sama sobie tego nie zmyśliłam,
Kolejnej z dróg, szukając znów
Czuję jak w moim sercu rodzi się nadzieja,
Gdy biegnę już, kolejną z dróg…

Skąd ja twoje tajemnice znam?
Nie pytaj mnie…
I o czym myślę kiedy patrzę w twoją twarz?
Nie pytaj mnie…
Kto mnie uczył zatrzymywać czas?
Nie pytaj mnie…
I czemu nocą czarne słońca w oczach mam?
Nie pytaj mnie…

Czuję, że sama sobie tego nie zmyśliłam.
Kolejnej z dróg, szukając znów.
Czuję jak w moim sercu rodzi się nadzieja.
Gdy biegnę już kolejną z dróg.

Czuję, że sama sobie tego nie zmyśliłam.
Kolejnej z dróg, szukając znów.
Czuję jak w moim sercu rodzi się nadzieja.
Gdy biegnę już kolejną z dróg…

Kolejną z dróg, kolejną z dróg…

Jeanette – „¿Porque te vas?”

Hoy en mi ventana brilla el sol y el corazon
Se pone triste contemplando la ciudad
Porque te vas.
Como cada noche desperte pensando en ti
Y en mi reloj todas las horas vi pasar
Porque te vas.

Todas las promesas de mi amor se iran contigo.
Me olvidaras, me olividaras.
Junto a la estacion hoy Ilorare idual que un nino
Porque te vas, porque te vas,
Porque te vas, porque te vas;
Porque te vas.

Bajo la penumbra de un farol se dormiran
todas las cosas que quedaron por decir
Se dormiran.
Junto a las manillas de un reloj esperaran
Todas las horas que quedaron por vivir
Esperaran

Todas las promesas de mi amor se iran contigo.
Me olvidaras, me olividaras.
Junto a la estacion hoy Ilorare idual que un nino
Porque te vas, porque te vas,
Porque te vas, porque te vas;
Porque te vas.

Todas las promesas de mi amor se iran contigo.
Me olvidaras, me olividaras.
Junto a la estacion hoy Ilorare idual que un nino
Porque te vas, porque te vas,
Porque te vas, porque te vas;
Porque te vas.

Moje tłumaczenie wersji hiszpańskiej

Dziś w moim oknie świeci słońce, a serce
smuci się gdy oglądam miasto,
ponieważ odchodzisz.
Jak każdej nocy obudziłam się myśląc o tobie
i patrzyłam jak mijają godziny na zegarze
ponieważ odchodzisz.

Wszystkie obietnice miłości odejdą razem z tobą.
Zapomnisz mnie, zapomnisz mnie.
Na peronie będę dziś płakać jak dziecko
ponieważ odchodzisz, ponieważ odchodzisz,
ponieważ odchodzisz, ponieważ odchodzisz;
ponieważ odchodzisz.

W cieniu latarni zaśnie
wszystko, co pozostało niewypowiedziane,
zaśnie.
Zawieszone na wskazówkach zegara będą czekały
wszystkie godziny, które pozostały do przeżycia.
Będą czekały.

Wszystkie obietnice miłości odejdą razem z tobą.
Zapomnisz mnie, zapomnisz mnie.
Na peronie będę dziś płakać jak dziecko
ponieważ odchodzisz, ponieważ odchodzisz,
ponieważ odchodzisz, ponieważ odchodzisz;
ponieważ odchodzisz.

Wszystkie obietnice miłości odejdą razem z tobą.
Zapomnisz mnie, zapomnisz mnie.
Na peronie będę dziś płakać jak dziecko
ponieważ odchodzisz, ponieważ odchodzisz,
ponieważ odchodzisz, ponieważ odchodzisz;
ponieważ odchodzisz.

Jeżeli wpadł wam w ucho ten utwór, z repertuaru Jeanette polecam również:

Takie oto ujmujące ostrzeżenie znajduje się tuż za rogiem jednej z kamienic stojącej przy niezwykle popularnym i uwielbianym przez turystów placu Bib-Rambla.

*Zakaz sikania. Strefa monitorowana przez kamery.

Na samym początku mieliśmy w kuchni płyn do zmywania naczyń, z którego krzyczało wielkimi, wyraźnymi literami „lavavajillas a manos”. Za każdym razem gdy szorowałam gary patrzyłam na ten napis zachwycona, w krzywym uśmiechu nieznacznie unosiłam górną wargę i robiłam „hy”, jak zawsze robię, gdy widzę rasowego, dobrego suchara. Dlaczego? W większości słowników hiszpańsko-polskich, w tym także w bardzo dobrym słowniku PONS, „lavavajillas” oznacza zmywarkę. I tylko zmywarkę. Ja również znałam to słowo wyłącznie w takim kontekście. Całą frazę tłumaczyłam więc sobie jako „zmywarka ręczna” i myślałam „jacy ci Hiszpanie są śmieszni”, „ach, jaki to sprytny chwyt marketingowy”. Potem nawet rozmyślałam czy takie określenie nie jest pozostałością po szowinistycznej epoce Franco, co na to współczesne hiszpańskie feministki, czy aby poza spokojnym światem mojej kuchni nie toczy się wielka wojna w której ten płyn i napis na nim są potężnym orężem… Tak oto zmywanie naczyń budziło we mnie duszę antropologa i społecznego aktywisty.

Niestety nie jest to takie ciekawe. Chciałabym bardzo, ale nasze kuchnie nie kryją niepozornych, lecz niezmiernie intrygujących zagadek lingwistycznych, które potrafi wychwycić jedynie oko tak przenikliwego akademika, jak ja. „Lavavajillas” to także po prostu  „płyn do zmywania naczyń”, co wynika chociażby z definicji na wordreference.

Underground Hair Factory

Myślisz, że wszystkie studia urody w Europie wyglądają mniej-więcej tak samo? Otóż nie w Granadzie. Każdego dnia idąc na Wydział Tłumaczeń mijam intrygujący salon fryzjerski.

Na początku nie miałam odwagi, by wejść do środka i bezczelnie go obfotografować. Wiedziałam jednak, że nie podaruję sobie jeśli tego nie zrobię.

z zewnątrz niepozorny

Recepcja. Na ścianie tęczowa flaga.

zabytkowe krzesło golibrody

Roboty i laleczki-zombie na luksferach. Na ścianie galeria polaroidowych zdjęć klientów w nowych fryzurach z ich własnymi komentarzami.

Toy myje włosy klientce

łazienka

Underground Hair Factory znajduje się na rogu ulic Moral de la Magdalena i Veronica de la Magdalena. Portugalczyk Toy otworzył go wraz ze swoim chłopakiem Antoniem w 2002 roku. Obecnie salon zna nie tylko cała Granada, ale wręcz cała Andaluzja. O jego historii można przeczytać na Granadahoy (po hiszpańsku). Na stronach służących do wymiany opinii o punktach usługowych zbiera jak najlepsze oceny. Ponieważ Toy specjalizuje się we fryzurach vintage rodem z epoki rock’n’rolla lub punku, klienci polecają jego usługi na ogólnokrajowych forach tematycznych, zaś pasjonaci mody z lat ’60 potrafią przyjechać do niego nawet spoza granic prowincji. Fryzjerzy z Underground Hair Factory odpowiadają między innymi za wygląd granadyjskiej królowej burleski – Vinili Von Bismark, wokalistki zespołu Krakovia. Międzynarodowa artystka użyczyła nawet swojego wizerunku stronie internetowej salonu.

„Chociaż ja jestem wytatuowany, w salonie znajdują się tęczowe flagi i zabite laleczki, przychodzą tu ludzie każdego typu. Możesz spotkać zarówno osoby z tatuażami i peercingiem, jak i 70-letnie staruszki w klasycznych stylizacjach.”

Rzeczywiście, podczas naszej rozmowy w kolejce czekają dwie 30-letnie kobiety w stylu succesful buisnes woman i skromna, niepozorna pięćdziesiątka. Niepotrzebnie tyle zwlekałam z wejściem do środka. Toy okazał się niezwykle sympatyczny i otwarty (co zresztą jest standardem hiszpańskiej obsługi klienta). Z przyjemnością oprowadził mnie po swojej firmie.

Co ciekawsze, Underground Hair Factory jest nie tylko salonem fryzjerskim, ale również centrum kulturalnym. Czasem pojawiają się tu ekspozycje artystyczne, zaś przy recepcji zawsze można zasięgnąć informacji o bieżących wydarzeniach kulturalnych w mieście.

Na koniec zbliżenie na moją ulubioną część salonu – malunek Matki Boskiej-Śmierci.

Underground Hair Factory na facebooku

Polecam też stronę internetową gdzie można zobaczyć zdjęcia wnętrza lepsze niż moje

W Hiszpanii KRADNĄ

Moja słodka Granada to niewdzięczna kochanka. Jest kapryśna i nieprzewidywalna. Lekko cię upoi letnim tinto o cytrusowym aromacie, sprawi, że zapomnisz się w rock’n’rollu, uśpi twoją czujność dbając, by aż do 6:00 rano za każdym razem gdy kontrolnie zerkasz na stolik wszystko było w jak najlepszym porządku. Dostaniesz od niej nawet kilka uspokajających uśmiechów przyjaciół, którzy całą noc sączą tam swoje piwa.

A i tak wychodząc zorientujesz się, że czegoś ci brakuje.

Brutalnie, bo przedwcześnie, wygnała mnie do kraju, gdy straciłam torebkę wraz z telefonem, portfelem, kartami kredytowymi i absolutnie wszystkimi dokumentami. Gdy pierwszy raz po powrocie wyszłam na wieczór – ktoś ukradł mi sweter. Przy tak niefortunnym zbiegu okoliczności gorzki uśmiech sam ciśnie się na usta, więc, paradoksalnie, wcale nie jest trudno patrzeć na dobre strony. O, bo na przykład właśnie kończą się zimowe wyprzedaże. W Hiszpanii to prawdziwe szaleństwo. Gdyby w ciągu ostatniego miesiąca nie ukradli mi połowy swetrów, może bym nie poszła. A tak pójdę. I może nawet coś o tym napiszę, bo to ciekawe zjawisko kulturowe, którego w Polsce na dobrą sprawę nie mamy.

Ale nie, żebym tam była jakąś pierwszą lepszą debiutującą ofiarą. Z dniem 21. stycznia odnotowałam na koncie erasmusowych przygód piątą historię tego typu. Ok, połowa z poprzednich czterech była wynikiem mojego roztrzepania, ale ta piąta… Ta piąta to już najzwyklejsze świństwo. To nawet nie tak, że mam do tego wyjątkowe szczęście. Raczej nigdy nie byłam przodującą zawodniczką, choć teraz powoli wysuwam się na prowadzenie. Okradają wszystkich, szczególnie Erasmusów, a już na pewno wszystkie dziewczyny. Nie przesadzam. Każdej z nas się to zdarzyło.

Tym razem, o ironio, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że dołożyłam wszelkich starań, by tego uniknąć. Torebkę oddałam współlokatorowi, który nie zdecydował się iść z nami do baru, powyjmowałam z kieszeni kurtki drobne i komórkę ryzykując zupełną nieporadność w sytuacji awaryjnej. Przez 15 minut w trzy osoby najzupełniej na serio dyskutowaliśmy czy brać w ogóle ten sweter. No, ale bez niego bym zamarzła. Poza tym, kto może ukraść głupi sweterek za 40 złotych?

Piszę to, bo każdy Erasmus w Granadzie przechodzi tę samą drogę. Najpierw wyjmuje z portfela dokumenty, potem już nawet jego nie zabiera, wkłada tylko do kieszeni jeansów trochę monet. Gdy to nie skutkuje przychodzi czas na torebki. Wreszcie – swetry, kurtki. Wszystko zostaje w domu. Za każdym razem pilnuje swoich rzeczy uważniej i za każdym razem równie mocno nie wierzy, że to znowu mogło się stać. Posłuchajcie rady doświadczonej Erasmuski – nigdy, ale to przenigdy, nie bierzcie ze sobą do klubu niczego, co przez całą noc nie będzie się znajdowało na was.

R.I.P.

Różowy Sweter

~2010-2012

A było mu do twarzy z tinto…

Don Mario romantyk

Oglądałam dziś stare zdjęcia i przypomniała mi się pewna urocza historyjka z Granady.

Była połowa października, odwiedzała mnie koleżanka, która w pierwszym semestrze robiła swojego Erasmusa w Urbino we Włoszech. Zbliżała się 4:00, właśnie wróciłyśmy z erasmusowej imprezy u Dionisisa. Ola poszła się myć. Przez chwilę siedziałam w salonie czekając aż zwolni łazienkę. W końcu z nudów postanowiłam wywiesić pranie. Kiedy rozstawiałam suszarkę na balkonie, zza rogu wyszła grupa rozbawionych, głośnych chłopaków. W tym jeden perfekcyjnie wystylizowany na Mario. Krzyknęłam do niego: „Mario, świetne przebranie!”, no i się zaczęło „Rubia, chodź do nas! No, ale chodź! Zrobimy ci z nim zdjęcie! Nie bądź nieśmiała! Chodź, pogadamy!”. Byli tak sympatyczni, że wreszcie chwyciłam za aparat i zbiegłam na ulicę. Trochę pożartowaliśmy, ja dostałam zdjęcie, no i każdy poszedł w swoją stronę.

Tu historia mogłaby się zakończyć i nie byłoby w niej niczego niezwykłego, ale… Następnego wieczoru w drodze na inną imprezę skapnęłyśmy się, że zapomniałyśmy Amaretto, które Ola przywiozła specjalnie na tę okazję. Wróciłyśmy do mieszkania, a wychodząc z budynku po raz drugi… złapałyśmy dwóch Hiszpanów na przyklejaniu tego do kraty przy domofonie:

* Violeta! Przyjdź na moją imprezę! 63*******9 Mario

Niestety zabawa na którą się wybierałyśmy była moim przyjęciem powitalnym dla Oli. Przecudowny kumpel, Antonio, zgodził się ją zorganizować u siebie (ale dla moich gości, z których nie znał nawet połowy), bo jeszcze wtedy na Solarillo de Gracia trzęśliśmy portkami po ostatniej aferze z policją, wkurzonymi sąsiadami i właścicielką mieszkania, która groziła nam wyrzuceniem na bruk. Wiadomo, z takiej imprezy nie mogłam się wyrwać w połowie, by wpaść także do Mario.

Nigdy potem się nie zobaczyliśmy, ale kartkę trzymam na pamiątkę :)

Przy starcie mieliśmy spore opóźnienie, bo obsługa lotu nie mogła odnaleźć jednego dziecka poniżej 2 roku życia, któremu należy założyć specjalne pasy. Według regulaminu rodzice takiego malucha powinni go podczas podróży trzymać na kolanach. Nieodpowiedzialna mamusia tłumaczyła się potem po polsku hiszpańskiej stewardessie (!), że nie kupowała biletu sama, więc nie wiedziała, czy jej syn ma własne miejsce. Samolot nie był pełny, więc posadziła 1-rocznego i 360-dniowego Adriano na siedzeniu obok i karmiła go chipsami, gdy tymczasem zdezorientowane stewardessy krążyły po pokładzie, a przez głośniki nadawano komunikaty po angielsku i hiszpańsku proszące ją o zgłoszenie się do obsługi. Niestety moja ulubiona mamusia nie znała dobrze ani jednego ani drugiego, chociaż ma syna z Hiszpanem. Pewnie dziwicie się dlaczego sączę takim jadem. Siedziałam obok i pierwszy raz w życiu mogłam z tak bliska obserwować Najgorszy Rodzaj Polskiej Matki o którym dotąd tylko czytałam w facebookowych wpisach zaangażowanej znajomej niani. Podczas startu dziecko płakało i wierciło się, więc matka szarpała je rękoma uzbrojonymi w wielkie kolorowe tipsy z cyrkoniami i krzyczała „Kurwa, do cholery usiądź wreszcie, bo cię pierdolnę!”. Gdy zdegustowani pasażerowie z trzech rzędów do przodu odwracali się w naszą stronę, zerkała to trochę na nich, to trochę na dziecko i bez cienia wstydu kontynuowała: „No, kurwa! Uspokój się smarkaczu! Zła pani kazała mi cię trzymać. Jak cię rozepnę to będzie na nas krzyczeć.”, chociaż właściwsze byłoby „Kochanie, nie płacz, to dla twojego bezpieczeństwa”. Hej, ale co mnie to właściwie obchodzi? No, właśnie, nie powinno w ogóle, a myślałam, że się spalę ze wstydu przed obcokrajowcami, po których zażenowanych minach było widać, że rozumieją przynajmniej „kurwa”.

Po lądowaniu Ryanair zagrał fanfary ogłaszając pasażerom, że „kolejny raz dolecieliśmy na czas!”. Żałuję, że nie spojrzałam wtedy na zegarek, bo jestem pewna, że trochę naciagali. Moment wyjścia z samolotu opóźnił się przez kłopoty ze schodami, ale, na Boga, nie mogliśmy tam stać całą godzinę. Natomiast w budynku lotniska znalazłam się o 0:30, nie zaś o 23:30. No i zaczął się wyścig z czasem.

Zamierzałam jechać autobusem, który z Avenida de America odjeżdżał o 1:00. Już stojąc na peronie metra przeczuwałam, że to może się nie udać. Na szczęście w Madrycie są dwa dworce autobusowe obsługujące połączenia międzymiastowe, a ostatnia tej nocy ALSA do Granady miała odjechać z tego drugiego o 1:30. Tylko jak on się nazywał? I gdzie właściwie może się znajdować? Starając się zachować zimną krew zadzwoniłam do przyjaciela, którego hiszpański zatrzymał się na „hola chica” i „mojito”, ale za to byłam pewna, że jeszcze nie będzie spał i spróbowaliśmy wspólnie odnaleźć te informacje w internecie. Polecam takie zabawy. Serio.

Jak się spodziewałam, na stacji Avenida de America pociąg zatrzymał się równo o 1:59. Nawet nie zadawałam sobie trudu, by wyjść na powierzchnię, od razu przesiadłam się na szarą linię. Uwaga, gdyby ktoś kiedyś był w sytuacji podobnej do mojej, nie ma co tracić czasu i szukać na tej skomplikowanej mapce czegoś w stylu „Estación  Central de Madrid”. Madrycki centralny znajduje się nad stacją metra Méndez Álvaro.

Tam na górę wybiegłam o 1:27. Kasy były zamknięte. Pechowi podróżnicy, w Hiszpanii w nocy nie da się kupić biletów w kasach. Na szczęście ALSA ma także biletowe automaty. Rzadko działają dobrze, jeśli w ogóle działają, ale mogą uratować życie w sytuacji alarmowej. Mój, oczywiście, wyświetlał szereg błędów. Prawie się nad nim popłakałam. W pewnym momencie podszedł do mnie ochroniarz, który tak seplenił, że nie mogłam go w ogóle zrozumieć. Tak, właśnie w takiej sytuacji spotkałam pierwszego w moim życiu Hiszpana z którym za nic nie mogłam się dogadać. Ale coś tam udało nam się zrobić i nawet odprowadził mnie do odpowiedniego wyjścia. Była 1:35, ja już kupiłam bilet, którego nie można zwrócić, biegłam przez peron z 30-kilogramowym bagażem… Jasne, autobus już dawno by odjechał. ALSA jest bardzo punktualna. Tyle, że… zatrzymały go dwie Polki z mojego samolotu, z których jedna pilnowała walizek i brała kierowcę na litość, zaś druga biegała po dworcu od jednego zepsutego automatu biletowego do drugiego. Koniec końców nawet ten wskazany przeze mnie, prawdopodobnie jedyny sprawny, nie sprzedał im biletów, bo według rozkładu autobus już dawno odjechał. Udało im się jednak złamać kierowcę i zabrał je wymuszając obietnicę, że w trójkę pójdą w Granadzie opłacić ich przejazd. I to jest właśnie kolejna ważna rzecz do zapamiętania – hiszpańscy kierowcy są zbyt uczciwi i zwykle nie litują się nad pasażerami, zaś regulamin ALSy nie przewiduje kupna biletów w autobusie, jak to np. można zrobić w polskim PKP.

Była 7:00. Ponieważ przed wyjazdem ukradli mi klucze do mieszkania, uparcie dzwoniłam domofonem. Gdy długo nikt mi nie otwierał, uznałam, że moi współlokatorzy muszą być jeszcze gdzieś na imprezie. Szybko sprawdziłam, czy po kradzieży mam w nowym telefonie numer do któregokolwiek z nich. Ups, nie miałam. Ale w końcu zaspana Audrey otworzyła mi drzwi.

W Granadzie wiele zmian – zdumiewające, ale moi współlokatorzy już nie wychodzą każdej nocy. To się nazywa sesja. Wbrew wszelkim pogłoskom, istnieje także na Erasmusie. Podczas mojej nieobecności skutecznie zaanektowali należące niegdyś do mnie przestrzenie lodówki. Przedświąteczny chleb także rozpoczął swój własny podbój w spiżarni. No i mały suchar na koniec: Nasza kafetera ma dziecko.

Dobra, Andrea, który przez pół roku narzekał na naszą kafeterę, przywiózł sobie z Włoch swoją własna, taką samą, tylko mniejszą.

Poza tym jest jakoś obco i szaro.